trochę prywaty

No i się tu pochorowałam...

07:52

Chorowanie z dala od domu jest do dupy. Chorowanie za granicą jest jeszcze gorsze. Bo to nie tylko konieczność radzenia sobie ze wszystkim mniej lub bardziej samemu, ale też przedzieranie się przez sekrety systemu zdrowotnego, którego się nie zna i często nie wie, co i jak. Drugiego dnia wysokiej gorączki i bólu w brzuchu zadzwoniłam na 1177 i dowiedziałam się, że to żaden problem i powinnam odczekać do następnego tygodnia. Po dwóch kolejnych dniach gorączki na poziomie 40-41 stopni i jeszcze gorszego bólu, już inna pani na telefonie stwierdziła, że to właściwie brzmi poważnie i "musisz jechać do szpitala, ale TERAZ!". Więc pojechałam, na szczęście nie sama, ale z moim Kolumbijczykiem u boku, który przyleciał do Sztokholmu, gdy tylko mój organizm odmówił posłuszeństwa. I szczerze mówiąc, nie potrafię sobie wyobrazić, jakby to było, gdyby nie przyjechał na te kilka dni. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Chorowanie z dala od domu jest do dupy, ale jednak jest zdecydowanie lepiej, gdy ma się obok kogoś, kto może ci pomóc.
Tak wygląda śniadanie w szwedzkim szpitalu. Według mojego Kolumbijczyka, po zjedzeniu tego jest się tylko jeszcze bardziej głodnym. Mi na szczęście to wystarczyło ;). Spędziłam na pogotowiu ponad 5 godzin, gdy lekarze próbowali dojść do tego, co mi właściwie jest. Mówili mi, jakie badania wykonują, a potem krótko informowali, że "to wygląda dobrze, musimy rozważyć coś innego". A kiedy w końcu wymyślili, co jest źle, wyglądali na zadowolonych z faktu, że mogą mi pomóc. Nie wiem, jak to dobrze wytłumaczyć, ale po kilku godzinach spędzonych na pogotowiu, ci lekarze i pielęgniarki przychodzący do mnie z uśmiechem, zagadujący, przekazywali mi jakąś pozytywną energię. Gdy powiedziałam, że jestem głodna, natychmiast dostałam kanapkę i sok. Cóż, może szwedzcy lekarze mają ogólny stosunek do pacjentów w stylu "weź ibuprofen i wróć, jeśli będziesz naprawdę chory", ale jeśli już przyjdziesz naprawdę chory, starają się pomóc. Nie lubię szpitali, ale biorąc pod uwagę, jak mnie tam traktowano i jak szybko mi to pomogło, drugi raz w takiej sytuacji bez wahania poszłabym do szpitala... Aaa... ale może lepiej wierzyć, że antybiotyki pomogą i już nigdy więcej szpitali ;).
Zapłaciłam 400 SEK za wizytę na pogotowiu i byłam zaskoczona, że to wszystko, co przyszło mi zapłacić. Wychodząc ze szpitala, nawet zapytałam, czy powinnam coś zapłacić za pobyt, ale (po jakimś czasie dochodzenia, jak to wygląda z obcokrajowcami ;) ) powiedziano mi, że to już wszystko. Antybiotyki i wracaj do łóżka. Po tygodniu leczenia w końcu czuję się wystarczająco dobrze, by wrócić dziś do pracy - w sumie już za tym tęsknię ;). Spędziłam stanowczo za dużo czasu w łóżku i już po prostu brakuje mi zwykłego kontaktu z ludźmi ;). Choć z drugiej strony, ten deszcz ze śniegiem za oknem...
Pod koniec tygodnia zdecydowałam się już pracować z domu (bardzo popularne tutaj rozwiązanie, gdy nie czujesz się wystarczająco dobrze, by przyjść do biura, ale jednak jesteś w stanie pracować), choć wielokrotnie mi powtarzano, że nie muszę tego robić. Chyba jednak jakaś część mnie wciąż myślała, że jako stażystka powinnam za wszelką cenę starać się wywrzeć jak najlepsze wrażenie, ale cóż... czasem ciało po prostu nie współpracuje ;). Gdy poinformowałam szefa o swojej sytuacji, otwarcie dodając, że nie mam pojęcia, kiedy będę w stanie wrócić do pracy, dostałam odpowiedź, że zdrowie jest najważniejsze i nie powinnam się martwić o powrót do biura. Nawet gdy zaczęłam pracować z domu, szef odzywał się do mnie tylko po to, by zapytać, jak się czuję i nie dając mi nic więcej do roboty - na spokojnie robiłam to, co mi się nagromadziło podczas nieobecności. Mój drugi szef wysyłał mi SMSy z pytaniami, czy już czuję się lepiej i powiedział, że jest wdzięczny za moją chęć do pracy, ale że postara się zrobić wszystko, bym jednak pracować nie musiała... Kiedy wpadłam do biura po laptopa, dowiedziałam się, że wyglądam jak duch i nie powinnam była przychodzić. Że przecież przynieśliby mi komputer, gdybym zechciała. Powiedziano mi, że jeśli czegoś potrzebuję, mam mówić. Kilka osób zaoferowało się pomóc mi z zakupami, bym tylko nie wychodziła więcej z domu. Właściwie nie było rozmowy pt. "kiedy możesz wrócić do pracy?" - było tylko "dbaj o siebie i staraj się wyleczyć".
Bycie chorym za granicą jest trudniejsze niż w kraju, ale jakoś... z tymi wszystkimi ludźmi dookoła - lekarzami, kolegami z pracy, managerami... Ma się uczucie, że to normalne, zdrowe podejście do człowieka. Jakby to było (tłukąc się po lekarzach czy będąc na stażu) tak zachorować w Polsce? Nie wiem, ale chyba nie chciałabym się przekonać na własnej skórze. Choć chyba ja i tak mam szczęście do ludzi, bo w sumie w poprzedniej pracy w Polsce też nikt mi nie robił problemów przez długie nieobecności związane z chorobą oczu ;).

Podobne posty

4 komentarze

  1. Chyba jak ma się takich miłych, wspierających i faktycznie chcących Ci pomóc ludzi wokół siebie, to się szybciej zdrowieje. Chociaż ja nie wspominam mojego pobytu w polskim szpitalu jakoś bardzo źle, nawet jedzenie mi smakowało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, ja zaczęłam zdrowieć bardzo szybko... ale może to też zasługa antybiotyków :D

      Usuń
  2. już cały system zdrowotny w Szwecji sprawdziłaś?
    Ps. powinnaś dostać paczkę ode mnie ;) a raczej od Primy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się pociąć nie dałam, ale to też mam w planach... ^^
      Ale że co? :D

      Usuń

Kraje

anglia (3) austria (2) belgia (1) chorwacja (12) czarnogóra (2) dania (1) ekwador (5) finlandia (7) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (22) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (168) włochy (7) zea (4)

Instagram