panama

Metropolitano - dżungla w sercu miasta

13:33

Znajdujący się niedaleko centrum Panama City park Metropolitano był od początku jednym z tych miejsc, gdzie moja koleżanka koniecznie chciała mnie zabrać. Niestety, ona sama czuła się na tyle słabo, że musiała zrezygnować z pomysłu towarzyszenia mi w tej wyprawie. Mimo to, postanowiłam nie rezygnować z zobaczenia parku, tylko zaczęłam ogarniać wszystko na własną rękę. Zresztą... daleko nie miałam. Wejście do Metropolitano znajduje się zaledwie 3,5 km od mieszkania koleżanki i często mijałyśmy je, jadąc samochodem. Oczywiście, można by podejść tam pieszo, ale dzielnica jest niezbyt fajna, a taksówka kosztuje może ze 3-4$...
Ledwo wyszłam z klatki i rozejrzałam się na boki, już zatrzymała się przy mnie taksówka. La entrada del Parque Metropolitano? - próbuję moim łamanym hiszpańskim, a kierowca rzuca tylko okiem na moje blond włosy i proponuje podwózkę za 6 czy 7 dolarów. Kłócić się po hiszpańsku nie umiem, ale wystarczyło tylko wspomnieć, że mi mówiono, że to kosztuje 3 dolary, by nagle się okazało, iż za tyle też da się pojechać... ;) Całą kilkuminutową trasę taksówkarz wypytuje mnie z zaciekawieniem o Polskę i zachwyca się parkiem, do którego zmierzam. Z ulgą wysiadam z samochodu, zmęczona próbami nadążenia za tak szybkim monologiem w obcym języku. Na szczęście przy wejściu do parku nie muszę już wystawiać mojego hiszpańskiego na próbę, bo tablica informacyjna została też przetłumaczona na angielski ;).
Jak każda atrakcja turystyczna w Panamie, także park Metropolitano ma podwójny cennik - dla miejscowych oraz dla turystów. I tak mieszkaniec Panamy za wstęp zapłaciłby tylko dolara, gdy mi przyszło płacić cztery (16 zł) ;). Przy zakupie biletów, panie pytały, którą z proponowanych tras wybieramy. Dwie Niemki przede mną spieszyły się na samolot i zdecydowały się na krótszą trasę - niewielkie, niespełna dwukilometrowe kółko, na które przeznaczono ponad godzinę. Nie wiem, jakim tempem trzeba by było iść... ;) Choć z drugiej strony - ja wybrałam właściwie pełną trasę po parku, liczącą sobie ok. 5 km, czyli według opisu ponad 4 godziny marszu. Całość przeszłam może w 3-3,5 godziny, bo po prostu widoki były takie, że nie dało się co chwila nie zatrzymywać ;).
Różne trasy zaczynają się w różnych punktach - pani tłumaczy mi, jak mam dojść do tej mojej. Niestety na drodze stają mi panowie robotnicy z porozkładanymi rusztowaniami, więc odbijam w bok, próbując ich obejść. Oni natychmiast mnie wołają, że idąc na około, zejdę na złą ścieżkę - właściwa biegnie pomiędzy rusztowaniami... w życiu bym nie zgadła ;). Rzuciłam im tylko uśmiechnięte gracias, ignorując komentarze o blondynce, która potrafi się zgubić, zanim jeszcze wejdzie na szlak... ;)
Park jest genialny do spacerów - ludzi jak na lekarstwo, właściwie jestem otoczona tylko szelestem liści i śpiewem ptaków. Gdy dobijam do rozwidlenia ścieżek, natrafiam na strażnika parku, który bierze mnie za rękę i z palcem na ustach ciągnie w kierunku drzew, wśród których coś się rusza. Ostrożnie podchodzimy, a on - znów w milczeniu - wskazuje na małpy bawiące się nad drogą. Niestety, ciężko było zrobić im zdjęcie w tej gęstwinie liści. Po dłuższej chwili zbieram się do dalszego spaceru, rzucając strażnikowi uśmiechnięte gracias - w życiu by mi nie przyszło do głowy podejść w stronę małp, mimo że i tak większość czasu chodzę ze wzrokiem wśród koron drzew. Od wielu osób słyszałam, że park Metropolitano to najlepsze miejsce, by wypatrzeć wolno żyjące leniwce. Niestety, tutaj szczęście mi nie dopisało - jedyny leniwiec, jakiego zobaczyłam w Panamie, był rozjechany na drodze...
Po raz drugi schodzę ze szlaku, podążając za strzałkami w kierunku punktu widokowego. Cerro Cedro wznosi się na wysokość 150 m.n.p.m. i jest to drugi najwyższy punkt w Panama City. Ponadto to chyba najlepsze miejsce na dłuższy postój w Metropolitano - punkt widokowy znajduje się mniej więcej pośrodku trasy, a wcześniej trzeba było iść trochę pod górę w dusznej dżungli, co zawsze odbiega oddech, więc chwila odpoczynku jest zawsze w cenie :). Zwłaszcza odpoczynku z takim widokiem.
Do punktu widokowego biegną wąskie schodki, po których schodzę ostrożnie, trzymając się poręczy. I przez to omal nie poleciałam po schodach w dół, bo cóż... nie przypatrywałam się tej barierce. A tam, gdzie położyłam dłoń, siedziała niewielka gąsienica. W życiu nie przyszłoby mi na myśl, że muśnięcie palcem takiego robaka może tak parzyć i piec przez parę godzin potem :P. Czerwone ślady znikły mi dopiero następnego ranka, a palcem w pełni mogłam poruszyć też dopiero po kilku godzinach. Cóż, nauczyłam się zwracać uwagę nie tylko na motyle i ptaki, ale też na to, co pełza... :P
Dalsza trasa przebiegała mi znacznie wolniej, a to dlatego, że w końcu w pobliżu ścieżki dla pieszych pojawiło się więcej zwierząt i można się było im na spokojnie przyglądać. Najbardziej zachwyciła mnie rodzina szopopodobna (podobno coati ;) ), która przemaszerowała przez ścieżkę i zatrzymała się tuż przy niej. Kompletnie nie bały się ludzi, a kilka osób się tam zatrzymało, by je obserwować - ot, były zajęte jedzeniem ;).
I bardzo podobało mi się podejście turystów do przyrody w parku. Nigdzie nie walały się śmieci, ludzie starali się nie płoszyć zwierząt, poruszać się w ciszy... W końcu, jak napisano przy wejściu do parku, to ich dom :).

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (2) belgia (1) chorwacja (12) czarnogóra (2) dania (1) ekwador (5) finlandia (7) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (22) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (168) włochy (7) zea (4)

Instagram