panama

Po raz pierwszy na Karaibach: Isla Grande

07:32

Zwiedzanie z miejscowymi to genialna rzecz - wiedziałam to już od dawna, ale wyjazd do Panamy jeszcze dodatkowo mnie w tym utwierdził. Chciałam wyskoczyć do Portobelo dla ruin i kościoła, ale koleżanka, która mnie tam zabrała, miała więcej pomysłów. Gdybym miała opierać się na informacjach znalezionych w internecie (i poruszać czymś innym niż samochód), w życiu nie przyszłoby mi do głowy, by skierować się do La Guairy, oddalonej od Portobelo o jakieś 20 km. A było warto, zdecydowanie, i to nie dla tej niewielkiej przystani, która się tam znajduje. W gruncie rzeczy chodziło tylko o to, że z La Guairy za całe 2,50$ (9,90 zł) można wsiąść w niewielką łódeczkę na Wielką Wyspę - Isla Grande.
No dobra, zacznijmy od tego, że taka znowu wielka to ta wyspa nie jest. Liczy ona sobie 26,6 km² i jest popularna szczególnie wśród surferów ze względu na idealne warunki do uprawiania tego sportu. Ale przyciąga też takie osoby jak moja koleżanka, które szukają spokojnego miejsca na leżing & plażing kawałek od stolicy. W końcu wybrzeże karaibskie kusi każdego ;). I trudno było tego nie zrozumieć, gdy łódka dobiła do takiego brzegu...
Rozkładamy się z rzeczami na plaży, a ja natychmiast wchodzę do wody. Wiecie co, byłam już w środku lata w Grecji, Chorwacji czy Turcji i myślałam, że wiem, co znaczy ciepła woda. Ale Morze Karaibskie to kompletnie inna bajka. Ze 30℃ w powietrzu, ponad 20℃ w wodzie, do tego delikatny wiaterek... I choć pogoda - jak to na Karaibach - była dość zmienna (przez chwilę nawet kropiło i się przestraszyłam, że może się rozpadać na dobre), to najchętniej nie opuszczałabym plaży ;). Co jak na mnie jest dziwne, bo takie leżenie zazwyczaj mnie szybko męczy. Jednak na Isla Grande słońce co rusz się chowało za chmurami, więc było ciepło, ale nie upalnie. A gdy nudziło mnie leżenie i czytanie, zawsze mogłam wejść do wody ;)
Isla Grande zamieszkuje w większości ludność pochodzenia afroamerykańskiego, czyli głównie potomkowie przywiezionych tu przed laty niewolników. Widać to natychmiast po miejscowym budownictwie - domy są kolorowe, choć właściwie kolorowy to nie jest najwłaściwszy przymiotnik. Bo większość budynków jest tak barwnie i jaskrawo zdobiona, że można dostać oczopląsu... ;)  Uwielbiam to, tak samo jak wszechobecne palmy. Pocztówkowe Karaiby :)
Choć na Jamajkę mamy stąd niezły kawałek, klimat panuje dość podobny. Wszystko za sprawą niewielkiej restauracji Punta Proa, w której wszystko kręci się wokół Boba Marleya. Zaglądamy tam na chwilę i nawet myślimy, by się zatrzymać na drinka, jednak ostatecznie decydujemy się pójść nieco dalej.
A przy tym wszystkim - sporo religijnej symboliki. Najbardziej rzuca się w oczy dość wysoki krzyż, wystający ponad morzem. Co jakiś czas zatrzymują się przy nim łódki, kilka osób nawet wchodzi do nieco płytszej w tym miejscu wody.
Podobno w weekendy na Isla Grande bywają tłumy. W sumie nic dziwnego, ze stolicy da się tu dotrzeć w niecałe dwie godziny, noclegi też można znaleźć w znośnych cenach. A warunki są genialne :). My mamy jednak to szczęście, że do Portobelo i na Isla Grande trafiamy w środku tygodnia i spokój aż zachwyca. Plażę mamy tylko dla siebie, a większość mijanych na wyspie ludzi to albo mieszkańcy albo pracownicy barów i restauracji.
Po dłuższym spacerze docieramy na wschodni brzeg wyspy - tutaj fale są znacznie wyższe i silniejsze niż przy poprzedniej plaży. To właśnie ten zakątek jest ulubionym miejscem surferów, którzy w weekendy tłumnie ściągają na Isla Grande. W tej okolicy jest też mniej domków, za to wszędzie pełno zachwycających palm :).
Zatrzymujemy się w restauracji przyhotelowej w Sister Moon - już mnie nie zaskakuje, że jesteśmy tam same :). Za 3$ (11,85 zł) kupuję małą puszkę miejscowego piwa - niestety, takie ceny w Panamie są normą. Za importowane piwo dałabym pewnie z 50% więcej... Przebieramy się ze strojów kąpielowych z powrotem w sukienki - po dłuższym relaksie czas pomyśleć o powrocie do Panama City.
Jest tylko jeden mały problem. Z panem od łódki umówiłyśmy się na odebranie nas na godzinę 16. W iście latynoskim stylu docieramy więc do przystani tak jakoś o 16:15. Tyle, że nikt tam na nas nie czeka. Koleżanka jest wielce oburzona, że łódki nie ma zgodnie z umową, w końcu my jesteśmy na czas ;). Chill out, jesteśmy na wakacjach. Siadamy na leżakach w jednej z restauracji w przystani, kelner po chwili przynosi kolejne piwo. Od niego też bierzemy numer telefonu do innego właściciela łódki, który w kilkanaście minut po rozmowie przybija do brzegu. Akurat, gdy się zastanawiałyśmy, czy nie wziąć jeszcze jednego piwa ;).
Karaiby żegnają nas przepięknym zachodem słońca. I jak tu się nie zakochać w tej okolicy? :)

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (1) belgia (1) chorwacja (12) dania (1) ekwador (5) finlandia (7) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (21) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (154) włochy (7) zea (4)

Instagram