kolumbia

Moja pierwsza świnka morska...

12:49

Mascota o comida? Zwierzątko czy jedzenie? To były najczęściej wypowiadane słowa po tym, jak babcia mojego Kolumbijczyka zaprosiła wszystkich na specjalny obiad rodzinny. Jakkolwiek świnka morska stanowi tradycyjne danie w Peru, Ekwadorze i południowej Kolumbii, nie jada się jej zbyt często. Mięso jest bardzo drogie, więc danie podaje się tylko na specjalne okazje. Świąteczny obiad rodzinny połączony z wizytą jednej zwariowanej europejskiej dziewczyny, która zwykła nazywać jedzenie zwierzątkiem domowym, wydawał się być jedną z nich.
W okolicy 10 rano dotarliśmy z Kolumbijczykiem do dzielnicy El Charco - okolicy pełnej małych, pięknie pomalowanych domków, w których można kupić i zjeść świnkę morską. Kiedy później wyjeżdżaliśmy z Ipiales od innej strony, pokazano mi okolicę, gdzie przygotowywano i sprzedawano jagnięcinę. Wygląda na to, że w mieście znajdują się różne dzielnice specjalizujące się w różnych daniach, ale El Charco jest zdecydowanie najpiękniejszą z nich.
I to było moje pierwsze zderzenie z kolumbijskim brakiem organizacji (a raczej nastawieniem, że "jakoś to będzie, co się martwisz..."), które było ciężkie do zaakceptowania dla Europejki. Wygląda też na to, że lata mieszkania w Szwecji przyzwyczaiły mojego Kolumbijczyka do europejskich standardów, bo stresował się nie mniej niż ja ;). Cóż, wyobrażacie sobie zaproszenie całkiem sporej rodziny na obiad świąteczny... bez chociażby upewnienia się czy w wybranej restauracji znalazłoby się w ogóle miejsce dla tylu osób? Rodzina po prostu wysłała nas, byśmy powiedzieli w restauracji, że zamawiamy 3 świnki (każda z nich jest dzielona na 4 porcje, jako że zwierzęta te są znacznie większe od tych malutkich, hodowanych w Europie).
Po obejściu chyba całego El Charco w końcu znaleźliśmy Casa Verde - Zielony Dom, polecany przez rodzinę. Był tylko jeden drobny problem: było zamknięte. Na szczęście w Kolumbii bardzo popularne są "minutos" do kupienia - zarówno w małych sklepikach jak i u ulicznych sprzedawców. Weszliśmy do jednego ze sklepów i pożyczyliśmy małą, starą komórkę i rozpoczęliśmy wydzwanianie. Niespodzianka: w Casa Verde wszystko jest zarezerwowane do 14 - a 14 to zdecydowanie za późno na kolumbijski obiad. Więc kolejne telefony do kolejnych członków rodziny i w końcu dostaliśmy zielone światło, by po prostu rozejrzeć się i zarezerwować jakiekolwiek miejsce, gdzie moglibyśmy pójść całą rodziną... za 1,5 godziny.
Chodząc po okolicy, starałam się zrobić trochę zdjęć pieczonym świnkom - tak, by nikt mnie nie zauważył :P. Po chwili jednak zmieniłam zdanie i zaczęłam podchodzić do sprzedawców i pytać, czy mogę zrobić normalne zdjęcie. Nikt mi nie odmówił ;). Co więcej, jedna pani - u której kupiliśmy wodę - odcięła od świnki ucho i dała mi do spróbowania ;)
Trochę więcej chodzenia i w końcu udało nam się coś zarezerwować w jednej z restauracji na 12:30. Wróciliśmy do domu rodzinnego na chwilę, by na obiad pojechać już razem. Ale kiedy około tej 12:30 babcia dopiero zamykała sklep, w którym pracuje, a mama wciąż przygotowywała swój lunch do zabrania (jako wegetarianka nie jadłaby obiadu z wszystkimi)... 15 minut później byliśmy już zestresowani - w końcu w Szwecji spóźnianie się nie jest dobrze odbierane. Wreszcie zdecydowaliśmy się wsiąść w autobus i zorganizować wszystko na miejscu, gdy reszta rodziny dotrze taksówką... gdy już będą gotowi.
Jak już pisałam tutaj: trzeba znać trasę autobusu, bo nie ma żadnych oficjalnych przystanków. Cóż, my nie znaliśmy. I kiedy bus nagle skręcił w lewo jadąc w kierunku jakiegoś rynku zamiast do naszej dzielnicy świnek morskich... Szybko wyskoczyliśmy i pobiegliśmy we właściwym kierunku, ale cóż - z naszym podejściem, by się nie spóźnić - dotarliśmy na miejsce ostatni :P.
Świnki morskie były już w przygotowaniu. Jedna cała, którą - jak już pisałam - dzieli się na 4 porcje, kosztuje około 30.000 COP (47 zł). Podaje się je z ziemniakami i sosem. Usiedliśmy przy stole, a kelnerka wkrótce podała nam nasz obiad ;)
Cóż, oczywiście chciałam spróbować miejscowej kuchni, jednak wyobrażanie sobie, że to przecież świnka morska... Moja reakcja była jak na poniższym obrazku, a dla całej rodziny to ja stanowiłam największą atrakcję. Śmiali się, komentowali (jedzenie to jedzenie, dlaczego nie reagujesz tak samo na kurczaka?) i robili wieeeele zdjęć moim reakcjom. I czekali na moje wrażenia. Później usłyszałam komentarz, że w restauracji sprzedają też czekoladowe świnki i że może to byłby lepszy wybór? ;)
Jeśli jesteście przeciwni zabawie jedzeniem albo jeśli świnka morska to dla Was tylko zwierzątko domowe, nie oglądajcie filmiku poniżej. Właśnie tak wujek mojego Kolumbijczyka próbował mnie rozbawić, zanim zacznę jeść... ;)
A samo jedzenie? Cóż, dla mnie było stanowczo za tłuste. Zjadłam jedną porcję i zupełnie mi to wystarczyło. Mięso jest właściwie nieprzyprawiane, więc ogólnie nie ma żadnego wyjątkowego smaku, jakkolwiek ciężko mi to porównać do czegokolwiek, co znam. Ale cóż, spróbowałam i myślę, że jednak będę trzymać się mięsa z kurczaka ;).
Po wyjściu z restauracji nadszedł czas na zdjęcia rodzinne ;). W pewnym momencie mój Kolumbijczyk zauważył grupę tancerzy w tradycyjnych (chyba :P) strojach, więc podszedł i zapytał, czy może im zrobić ze mną zdjęcia. Muszę przyznać, że je lubię - jest baaardzo kolorowe, zarówno dzięki ich strojom, jak i budynkom wokół. I nie, nie jestem wysoka... Oni są niscy ;).

Podobne posty

1 komentarze

  1. Ło matko. Ale miałaś wesoło, nie ma co! Podziwiam za spróbowanie :)

    OdpowiedzUsuń

Kraje

anglia (3) austria (1) belgia (1) chorwacja (12) dania (1) ekwador (5) finlandia (7) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (21) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (154) włochy (7) zea (4)

Instagram