ekwador

I z powrotem w Kolumbii - z Quito do Ipiales

18:24

Najpierw myśleliśmy o zatrzymaniu się w Quito na dwa dni, a po południu drugiego dnia wsiedlibyśmy w busa do Ipiales, małego kolumbijskiego miasta zaledwie 3 kilometry od granicy z Ekwadorem. Ale matka mojego Kolumbijczyka stwierdziła, że nie jest to najlepszy pomysł. Autostrada Panamerykańska na trasie pomiędzy Quito a granicą z Kolumbią była w przebudowie i zwykła 4-godzinna podróż mogła łatwo przerodzić się w 7 lub więcej godzin. Zastosowaliśmy się więc do ostrzeżenia, spakowaliśmy nasze rzeczy i rankiem za całe 8$ (prawie 30 zł, dolary poszły za bardzo w górę :P) wzięliśmy taksówkę w kierunku terminalu w Quito.
Terminal autobusowy nie znajduje się w centrum miasta, a całkiem daleko od niego, więc trasa zajęła trochę czasu. Busy w kierunku granicy kursują regularnie, a my ponadto mieliśmy szczęście, że nie musieliśmy czekać prawie wcale. Po zapłaceniu 20 centów za wstęp na parking autobusowy plus 4,5$ (16,50 zł) za bilet, wyruszyliśmy w drogę do Tulcan. To małe ekwadorskie miasteczko (ok. 60.000 mieszkańców), położone 7 km od granicy z Kolumbią.
Autostrada Panamerykańska (lub po prostu Panamericana) to sieć dróg biegnąca przez obie Ameryki z przerwą (przesmyk Darien) pomiędzy Panamą a Kolumbią. Miałam okazję podróżować nią z Quito do Ipiales, a potem dalej do Pasto. W przeciwieństwie do wielu kolumbijskich dróg (bo w Ekwadorze akurat sytuacja jest znacznie lepsza), ta jest w naprawdę dobrym stanie i podróż przebiegała bez problemów.
Droga wiedzie przez Andy i widoki z okna są naprawdę niesamowite. Góry i przepaście, wodospady i rzeki, piękna acz niebezpieczna natura. Krzyże na poboczu drogi są najlepszym przypomnieniem dla kierowców, by byli ostrożni - utrata kontroli nad samochodem zakończyłaby się na dnie przepaści. Droga jest pełna zakrętów, co naturalnie wydłuża podróż. Wystarczy sobie wyobrazić, że odległość samolotem pomiędzy Quito a Tulcan to tylko 135 km. Dodając do tego 40 km z lotniska do Quito i mamy łącznie ok. 175 km. Trasa autostradą z Quito do Tulcan to 266 km. Robi różnicę, prawda?
Bus miał wiele krótkich postojów, by pozwolić wsiąść i wysiąść różnym sprzedawcom. Zdarzały się nawet chwile, gdy w busie było kilka dodatkowych osób w tym samym czasie - stali pomiędzy siedzeniami, oferując napoje, owoce, lody, słodycze i wiele innych. Idąc w ślady matki mojego Kolumbijczyka, spróbowałam lodów kokosowych, smakowały całkowicie inaczej niż te, które kupowałam w Europie - były zdecydowanie mniej słodkie, co akurat dla mnie stanowiło zaletę.
Chyba w mieście Ibarra (aczkolwiek nie jestem pewna) zwróciłam uwagę na przystanek autobusowy. Przedstawiał jaskiniowców, a na prawo (niestety, nie miałam wystarczająco dużo czasu, by zrobić zdjęcie) stał wielki mamut.
Może dlatego, że to była sobota, ale złe przewidywania matki Kolumbijczyka się nie sprawdziły i nasza podróż nie była wydłużona. Po około 4 godzinach dotarliśmy do Tulcan, gdzie za kilka dolarów wzięliśmy taksówkę do Rumichaca - międzynarodowego mostu stanowiącego oficjalne przejście graniczne pomiędzy Kolumbią a Ekwadorem.
Nie było tam zbyt wielu osób, więc kontrola graniczna przebiegła szybko i sprawnie. Najpierw w ekwadorskim punkcie migracyjnym musieliśmy wypełnić "Tarjeta Andina" (Kartę Andyjską) - właściwie dokładnie taką samą jak wtedy, gdy wjeżdżaliśmy do kraju. Kilka podstawowych informacji o nas (imię i nazwisko, data urodzenia, kraj pochodzenia i rezydencji, numer paszportu) oraz po co i na jak długo przyjechaliśmy do Ekwadoru. Plus czy mamy coś do oclenia, jako że głównym celem tego papierka są właśnie deklaracje celne. Potem pieczątka w paszporcie, przekroczenie mostu i podobna procedura w Kolumbii (jakkolwiek i tak dużo krótsza i szybsza niż to, co dzieje się na lotniskach), kolejna pieczątka w paszporcie i mogliśmy już rozejrzeć się za taksówką.
Z granicy do centrum Ipiales podróż trwa zaledwie kilka minut. Jako że nie mieliśmy pojęcia, jak rodzina Kolumbijczyka mnie przyjmie, zdecydowaliśmy się spędzić pierwszą noc w hotelu. Taksówkarz polecił nam hotel Santa Isabel II, który znajdował się niemalże w centrum. 60.000 COP (92 zł) za pokój dwuosobowy ze śniadaniem. Hotel był przyjemny i czysty, jakkolwiek bez windy (co stanowiło problem, gdy miało się dwie olbrzymie walizki). Zostawiliśmy w pokoju nasze rzeczy, przepakowaliśmy prezenty dla kolumbijskiej rodziny i wyszliśmy, by przedstawić mnie kolejnym członkom rodziny ;).

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (2) belgia (1) chorwacja (12) czarnogóra (2) dania (1) ekwador (5) finlandia (7) grecja (1) holandia (1) kolumbia (22) litwa (2) luksemburg (1) malta (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (22) portugalia (1) rumunia (7) słowacja (1) szwecja (168) włochy (7) zea (4)

Instagram